Przeciskałem się przez tłum ludzi
zgromadzonych na lotnisku. Za godzinę miałem samolot. Los Angeles było moim
domem tutaj w Nowym Jorku nie miałem już czego szukać. Wypełniłem zadanie
powierzone mi przez szefa i mogłem
wrócić. Nasza korporacja była znana na całym świecie, a ja sam wymyślałem
banery reklamowe. Widzicie mnie zapewne jako sztywniaka chodzącego w garniaku z
gromadką dzieci i nudną żoną u boku. Jestem kompletnym przeciwieństwem tego
faceta, kocham dobrą zabawę oraz piękne kobiety. Czułem jak starsza kobieta
wbijała mi w żebra parasolkę kiedy ja starałem się odszukać mój numer lotu na
tablicy wśród wielu cyfr. - Opóźniony - mruknąłem pod nosem rozmasowując
obolałe miejsce. Nie wiem czy dzisiaj był piątek 13 ale szczęście nie leżało po
mojej stronie. Wolnym krokiem udałem się w stronę kawiarni znajdującej się po 2
stronie holu. Burza śnieżna panująca na zewnątrz najwidoczniej opóźniła
wszystkie loty więc i to miejsce było przepełnione. Cudem udało mi sqię znaleźć
wolny stolik. Siedziałem wpatrując się w wielki zegar wiszący na ścianie,
popijając whiskey z lodem.
- Przepraszam czy można się dosiąść ? -
kobiecy głos sprawił, że obudziłem się z letargu. Blond włosa dziewczyna w
obcisłej spódnicy zajęła miejsce obok mojego. Jej rzęsy były niczym 2
firaneczki zasłaniające duże błękitne oczy. Dużo rozmawialiśmy, moje poczucie
humoru sprawiło, że uśmiech często
gościł na jej twarzy. Wpatrywanie
się w niego sprawiało,iż zapomniałem o gwarze i otaczających nas ludziach.
Nawet nie wiem w którym momencie tuż przy naszym stoliku pojawił się facet
,który przerwał naszą rozmowę. Był to wysoki mężczyzna o szczupłej sylwetce.
- Wesołych Świąt - uśmiechnął się stając
pomiędzy nami. Emily wskazała gestem puste krzesło a nieznajomy spoczął kładąc
na blacie brązową teczkę.
- Jestem Frank. Napijecie się czegoś ? ja
stawiam - odparł wesołym tonem
- Z chęcią - odpowiedzieliśmy zgodnie.
Po chwili siedzieliśmy w trójkę wokół małego stolika popijając drinki.
- Czym się zajmujesz Frank ? - spytałem,
przerywając milczenie
- Jestem pisarzem - odchrząknął
odstawiając szklankę - pisze książki a dodatkowo artykuły do gazet - wypiął
dumnie pierś
- Widzę, że jesteś żonaty - Emily
zerknęła na jego palec
- Tak... ma na imię Alice - uśmiech
bezwiednie zamajaczył na twarzy Fanka. Wyciągnął portfel ukazując zdjęcia
swojej rodziny. Dwójka chłopców uśmiechała się promiennie machając w stronę
obiektywu a dziewczyna o długich blond włosach kucała pośrodku obejmując ich
zachłannie... zupełnie tak jakby chciała pokazać wszystkim, że są całym jej
światem.
- Ładna.. - wyszeptałem zapominając o
otaczających mnie ludziach.
- Ten młodszy to Nicky, ma dopiero 4 latka. Moje 2 szczęście to Jesse w
wigilię kończy 5 lat - z jego oczu popłynęła samotna łza
- To już jutro - zauważyłem biorąc
sporego łyka ciemnego trunku
- Właśnie. Niestety nie zdążę na jego
urodziny. Nie zabukowałem wcześniej biletu. Lot mam dopiero pojutrze -
Przymknąłem powieki, alkohol zrobił swoje i poczułem delikatne zawroty głowy.
Moje serce nagle przepełniło się dziwną empatią dla tego biedaka. Emily
włączyła niewielką kamerę kręcąc film
- Proszę Państwa oto jest tu z nami
słynny reporter Pan Frank Byrne - zakomunikowała wstając z miejsca.
- Jestem Shane - puściłem oczko - stoję
obok niedocenionej osobowości w świecie pisarskim. Jego najnowsza książka
została zmiażdżona przez New York Timesa i muszę powiedzieć wszystkim
dziennikarzynom, że tą recenzje możecie sobie wsadzić w dupę - ostatnie słowa
wykrzyczałem.
- Wiesz co Franky, lubię cię - poklepałem
go po ramieniu i sięgnąłem ręką do swojego płaszcza - tu jest mój bilet,
samolot odlatuje za 30 min - uśmiechnąłem się
- Ja .. ja nie mogę tego przyjąć -
wyjąkał
- Możesz i to przyjmiesz. Wszystkiego
najlepszego dla syna... - Objął mnie a w dowód wdzięcznośći zostawił voucher na
nocleg w pobliskim hotelu. W pośpiechu zebrał swoje rzeczy a po minucie już go
nie było.
- Więc dzisiejsza noc należy do nas -
Emily przejechała dłonią po moim policzku. Spojrzałem w jej oczy, delikatnie
przygryzała swoją wargę.... Poczułem jak bardzo jej pragnę.
Obudziły mnie jakieś hałasy oraz krzyki
ludzi dochodzące z zewnątrz. Przetarłem zaspane oczy i podszedłem do okna. W
oddali ujrzałem światła sygnalizujące przybycie policji jak i straży pożarnej,
wszyscy biegali a całe lotnisko było pogrążone w totalnym chaosie. Usiadłem
ostrożnie na brzegu łózka tak aby nie zbudzić pogrążonej we śnie Emily.
Włączyłem telewizor, to co usłyszałem sprawiło, iż moje serce zamarło.
- Lot nr 82 lecący do Los Angeles rozbił
się w godzinę po starcie. Jeszcze nie wiadomo co było przyczyną katastrofy ale
jedno jest pewne - spikerka wzięła głęboki wdech - żaden z pasażerów nie
przeżył.
Zrobiło mi się niedobrze, poderwałem się
i pobiegłem do toalety. Wymiotowałem czując obrzydzenie.. obrzydzenie oraz
strach. Przecież ten facet miał rodzinę... gdybym mu nie podarował swojego
biletu to on by tutaj siedział cały i zdrowy. Wytarłem usta wierzchem dłoni
opierając plecy o zimne kafelki. Chłód sprawił, że poczułem się nieco lepiej.
Łzy spływały jedna po drugiej aż w końcu rozpłakałem się jak małe dziecko. Ten
człowiek nie zasługiwał na śmierć, drgawki wstrząsały moim ciałem... to ja
powinienem był lecieć tym samolotem.. to ja powinienem zginąć. Nie robiłem
niczego wartościowego tak samo jak byłem nic nie wartą imitacją człowieka. Podniosłem się i na chwiejnych nogach
podszedłem do barku. Jednym haustem opróżniłem szklankę whiskey. Naciągnąłem na siebie ubranie, założyłem
płaszcz i wyszedłem z pokoju. Musiałem dowiedzieć się czegoś więcej.
Przecisnąłem się przez tłum gapiów i wbiegłem do holu szukając wzrokiem
któregoś z pracowników. Nagle stanąłem na środku długiego korytarza ,
rozprostowałem ręce krzycząc z całej siły. Upadłem na kolana chowając twarz w
dłoniach.
- Przepraszam wszystko w porządku -
ciemnowłosa stewardessa pomogła mi się podnieść
- yy.. tak.... - odparłem cichym głosem -
chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o locie nr 82 - odchrząknąłem - mój
przyjaciel leciał tym samolotem - skłamałem
- Przykro mi - odparła obejmując moje
ramie - niestety nic jeszcze nie wiadomo - uśmiechnęła się delikatnie.
Pokiwałem głową z wdzięcznością i zawróciłem w stronę tej nieszczęsnej kawiarni
w której się wszystko zaczęło.
Super, rozdział, nie mogę się już doczekać kolejnego
OdpowiedzUsuńWstawiaj szybko