niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 2

Kolejna szklanka whiskey przyniosła mi ukojenie. Lezałem na plaży w Los Angeles obserwując zachodzące słońce. To już kolejny dzień gdy zalewam się w trupa nic nie robiąc. Alkohol stał się moim najlepszym przyjacielem. Kilka dni temu podali oficjalną przyczynę katastrofy. Silniki przestały pracować, samolot nie był dokładnie sprawdzony przed startem. Karygodny błąd linii lotniczych. Przetarłem dłonią zmęczone oczy... w nocy nie sypiam za dobrze... ciągle widzę siebie na miejscu Franka. Widzę w spowolnionym tempie jak moje ciało trawi pożar a pózniej budzę się z krzykiem. Sięgnąłem po butelkę zakopaną w piasku obok mnie. Nawet nie trudziłem się aby przelać zawartość do szklanki tylko pociągnąłem z gwinta. Jutro miałem wrócić do pracy a byłem w kompletnej rozsypce. Obraz przed moimi oczyma coraz bardziej się rozmazywał, odpływałem w sen.

Obudził mnie delikatny zefirek owiewający moją spoconą twarz. Poczułem ciepły piasek pod stopami. Znowu zasnąłem na plaży. Złapałem się za głowę właśnie nadszedł mój najlepszy przyjaciel: kac. Zmrużyłem powieki podnosząc się ze starego już nieco wysłużonego lerzaka. Wziąłem prysznic przebrałem się w miarę czyste ciuchy i wybiegłem do pracy.
Mieliśmy zrobić wielką kampanię reklamową dla naszego największego klienta. Rob - mój szef a w sumie i również przyjaciel powierzył mi to zadanie.  Całymi dniami ciężko pracowałem a nocami upijałem się do nieprzytomności. Wreszcze nadszedł upragiony wieczór. Rozdanie nagród, zamierzałem zgarnąc ją tylko dla siebie.
Moj spot reklamowy polegał na przedstawieniu członków załogi lotu 82 w mini seriach zatytułowanych : ''Pamiętamy''.
- A nagrodę otrzymuje Pan Shane Filan z firmy Enterprise - w sali rozbrzmiała burza oklasków. Siedziałem przy stoliku wraz z pięną modelką - Triną. Byłem mocno wstawiony ale wstałem i zataczając się doszedłem na scenę.
- Drodzy zebrani chciałem podziękować za tą nagrodę. Wow! nie wiedziąłem, że jest aż taka cięzka - podniosłem w dłoni statuetkę uśmiechając się - Zawsze marzyłem żeby pracować w tym całym gównie dlatego jestem podwójnie wdzięczny Robowi za danie mi takowej szansy. Jak wiecie mie również dotknęła tragedia sprzed miesiąca - zachwiałem się tracąc równowagę przez co spadłem ze schodów tracąc przytomność...

Rok Później....
Stałem na lotnisku czekając aż ktoś mnie wreszcie odbierze, dzisaj zakończyłem swój roczny odwyk Tak byłem uzależniony lecz z pomocą Roba udało mi się wjść z tego. Szszczęście mnie rozpierało, czułem się cudownie... Spojrzałem w górę... ani jedna chmurka nie przysłaniala błękitnego nieba. To był dobry znak. Podczas pobytu w tym ośrodku stworzyłem listę najważniejszych celów. Na pierwszym miejscu musiałem sprawdzić jak radzi sobie rodzina Franka byłem mu to winien.  Wreszczie podjechała po mnie taksówka z przyjacielem siedzącym w środku. Rozmawialiśmy tak jakbyśmy się niw widzieli co najmniej kilka lat. Wszystko było cudowne, cieszyłem się z powrotu do domu. Niczym małe dziecko cieszące się na widok nowej zabawki. Usiadłem na tarasie rozkoszując się zapachem morskiej bryzy. W oddali na ciemnym niebie ujrzałem spadającą gwiazdę, zamknąłem oczy i wypwiedziałem życzenie. Nigdy nie wierzyłem w takie zabobony ale raz w życiu postanowiłem spróbować, w końcu zaczynam wszystko od nowa.

Zwlokłem się z łóżka wcześniej niż zwykle, słońce wisiało już wysoko na niebie prażąc niemiłosiernie. Zalałem kubek goroącą wodą wdychając cudowny zapach świeżo parzonej kawy.  Oparlem się o blat wybierając numer na informację
- Dzień dobry czy mogłaby mi Pani podać adres rodziny Millerów. Chciałbym złożyć osobiste kondolencje  Pani Miller po stracie męża - zacisnąłem powieki, sam dokładnie nie wierząc w to co mówię.
- Pani Alice Miller mieszka przy Boolvar Avenue - zapisałem adres w terminarzu.  Ubrałem koszulę i wyszedłem do samochodu. Po 20 minutach znalazłem się pod ich domem. Śliczna blondynka właśnie wychodziła ze środka z olbrzymim owczarkiem. Kobieta zamknęła go  bagażniku starego Forda, poprawiła włosy, które opadły na jej wilgotne czoło. Była naprawdę piękna. Z pomocą internetu dowiedziałem się, że jest agentką nieruchomości. Powoli ruszyłem za nią. Miałem już pewien plan jak pomóc tej dziewczynie. Zatrzymała się pod białym budynkiem i zniknęła w za dużymi brudnymi drzwiami. Odczekałem chwilę i zapukałem.
- Proszę poczekać - usłyszałem ją oraz szczekanie psa. Poprawiłem krawat a w tej samej chwili Alice otworzyła drzwi
- Przepraszam ale musiałam zamknąć Donny'ego - uśmiechnęła się zakładając pukiel złotych włosów za ucho - Gdyby się szef dowiedział, że wzięłąm go do pracy prawdopodobnie zostałabym zwolniona - spuściła wzrok - Nie miałam go z kim zostawić - była speszona, nie dało się tego nie zauważyć
- Spokojnie... ja Pani nie wydam - roześmiałem się a ona wpuściłą mnie do środka. W powiietrzu unosioł się zapach tanich papierosów. Mój wzrok przyuł obraz wiszący na ścianie . Przedstawiał on dwoje młodych ludzi, stali nad brzegiem morza całując się żarliwie. On obejmował ją mocno w talii a ona miała splecione ręce wokół jego karku.
- Ładne zdjęcie - wskazałem dłonią
- Też mi się podoba.... ukazuje coś co jest nieosiągalne - zawiesiła głos - Takie rzeczy tylko w bajkach - dokończyła odwracając wzrok
- Być może - wzruszyłem ramionami. Czy to miejsce jest na sprzedaż bo poszukuje czegoś w tym stylu właśnie - nie usłyszałem jej odpowiedzi gdyż Donnie zaczął ujadać jak oszalały.
- Przepraszam ale mam go dopiero od roku i jeszcze nie dokońca jest wyćwiczony - kiwnąłem głową na znak, że rozumiem i podszedłem do drzwi łazienki.
- Donnie spokój - nakazałem ostrym tonem lecz pies nie posłuchał. - Donnie mówię do ciebie - powtózyłem głośniej co tylko go jeszcze bardziej rozwścieczyło - Sam miałem owczarka, zaraz go uspokoje - nie kontrolowałem swoich słów
- Mógłby Pan przyjśc po południu - dziewczyna odepchnęła mnie od drzwi chwytając za klamkę
- Stało się coś - spytalem spoglądająć w jej oczy
- Nie mówiłam, że to owczarek - powoli otwierała drzwi
- Tak wiem, ale przyjechałem akurat jak Pani wchodziła do budyku więc was widziałem - starałem sięwytłumaczyć swoją wpadkę ale bezskutecznie.  Kobieta wypuściła olbrzyma, który bez chwili wahania wgryzł zęby w mój nowy garnitur zwalając mnie z nóg.
- Donnie przestań... puść Pana na miłość boską - najwyraźniej sama się wystraszyła i próbowała odciągnąć bestę. Gdy  końcu jej się to udało moje nowe ciuchy było w strzępkach.
- Bardzo Pana przepraszam... ja... ja... - zaczęła się jąkać - nie mogę stracić tej pracy. Błagam niech Pani tego nie zgłasza ja zapłacę za wszystkie szkody - łzy popłynęły z jej błękitnych oczu. Uśmiechnałem się.
- Może ma Pani jakieś zamienne spodnie a później napijemy się kawy - dodałem dla rozluźnienia atmosfery.  - Jestem Shane - wyciągnąłem rękę
- Alice - uścisnęła ją ocierając mokre policzki. - w samochodzie mam spodnie, które należały do mojego męża, myślę że będą pasować  - podeszła do starego Forda  i wyciągnęła zieloną reklamówkę.  Przebrałem się a pożniej zająłem miejsce przy stoliku znajdującym się przed budynkiem.
- Twój mąż nie będzie zły  - spytałem spoglądając na żółty materiał na swoich nogach

-  Rozwiedliśmy się rok temu - kłamała. - kupiłam Donny'ego  dla synów żeby jakoś załatać pustkę, którą Frank zostawił. - Nigdy nie byłem żonaty więc nie wiem co czujesz - odparłem zgodnie z prawdą. Spojrzałem na zegarek i zerwałem się na nogi - muszę już uciekać - dopiłem kawę a kubek wyrzuciłem do kosza na śmieci stojącego obok
- Czy Ty w ogóle zamierzałeś kupić ten budynek - zawiesiła swoje niebieskie oczy na moich. Kolana ugięły się pode mną - Tak ale mam jeszcze kilka innych ofert więc raczej będę się musiał poważnie zastanowić - pożegnałem się i szybkim krokiem udałem w stronę samochodu. Przekręciłem kluczyki zerkając w usterko. Stała tam.... kosmyk blond włosów opadł na jej twarz skąpaną w słońcu... wyglądała przepięknie.... Pokręciłem energicznie głową naciskając pedał gazu. To był kiepski pomysł aby tutaj przyjeżdżać. Zrobiłem z siebie idiotę.. tak idiotę inaczej nie da się tego nazwać. Dojechałem pod siedzibę firmy. Mój asystent właśnie wchodził do środka, krzyknąłem doganiając go w drzwiach.
- Jakieś zlecenia - spytałem zerkając na dokumenty trzymane przez niego
- Przeprowadzamy się - oznajmił z kwaśną miną
- Jak to? - szok. Przecież ten budynek był idealny na biuro reklamy.
- Joe stwierdził, że to miejsce odstrasza klientów czy jakoś tak - machnął ręką i podszedł do sekretarki z którą najwyraźniej flirtował. Przewróciłem oczami i wziąłem się za poszukiwanie szefa. Zacząłem od jego gabinetu lecz niestety był pusty, znalazłem go dopiero w niewielkim pomieszczeniu na końcu korytarza.
- Joe podobno szukasz czegoś nowego - odparłem zakładając dłonie na boki
- Poprawka Shane, Ty szukasz - odpowiedział dźgając palcem moją klatkę - Budynek ma być większy jak i przestronniejszy od obecnego - usiadł na biurku spoglądając na zewnątrz - Widzisz tych wszystkich ludzi - spytał - Każdy gdzieś się spieszy, wszyscy żyją w jakiś cholernym maratonie. Ja chcę wrzucić na luz, chce się cieszyć życiem.. pragnę wycisnąć z niego to co najlepsze - uśmiechnął się.
- I po to chcesz kupić coś nowego - coś mi się tu nie zgadzało. Nagle na jego palcu dostrzegłem brak obrączki. Teraz wszystko było jasne. Wycofałem się po cichu zamykając za sobą drzwi. Byli idealnym małżeństwem więc ciekawe co mogło pójść nie tak. Nagle pewien pomysł zaświtał mi w głowie. Alice....

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 1

Przeciskałem się przez tłum ludzi zgromadzonych na lotnisku. Za godzinę miałem samolot. Los Angeles było moim domem tutaj w Nowym Jorku nie miałem już czego szukać. Wypełniłem zadanie powierzone mi przez  szefa i mogłem wrócić. Nasza korporacja była znana na całym świecie, a ja sam wymyślałem banery reklamowe. Widzicie mnie zapewne jako sztywniaka chodzącego w garniaku z gromadką dzieci i nudną żoną u boku. Jestem kompletnym przeciwieństwem tego faceta, kocham dobrą zabawę oraz piękne kobiety. Czułem jak starsza kobieta wbijała mi w żebra parasolkę kiedy ja starałem się odszukać mój numer lotu na tablicy wśród wielu cyfr. - Opóźniony - mruknąłem pod nosem rozmasowując obolałe miejsce. Nie wiem czy dzisiaj był piątek 13 ale szczęście nie leżało po mojej stronie. Wolnym krokiem udałem się w stronę kawiarni znajdującej się po 2 stronie holu. Burza śnieżna panująca na zewnątrz najwidoczniej opóźniła wszystkie loty więc i to miejsce było przepełnione. Cudem udało mi sqię znaleźć wolny stolik. Siedziałem wpatrując się w wielki zegar wiszący na ścianie, popijając whiskey z lodem.
- Przepraszam czy można się dosiąść ? - kobiecy głos sprawił, że obudziłem się z letargu. Blond włosa dziewczyna w obcisłej spódnicy zajęła miejsce obok mojego. Jej rzęsy były niczym 2 firaneczki zasłaniające duże błękitne oczy. Dużo rozmawialiśmy, moje poczucie humoru sprawiło, że uśmiech często  gościł na jej twarzy.  Wpatrywanie się w niego sprawiało,iż zapomniałem o gwarze i otaczających nas ludziach. Nawet nie wiem w którym momencie tuż przy naszym stoliku pojawił się facet ,który przerwał naszą rozmowę. Był to wysoki mężczyzna o szczupłej sylwetce.
- Wesołych Świąt - uśmiechnął się stając pomiędzy nami. Emily wskazała gestem puste krzesło a nieznajomy spoczął kładąc na blacie brązową teczkę.
- Jestem Frank. Napijecie się czegoś ? ja stawiam - odparł wesołym tonem
- Z chęcią - odpowiedzieliśmy zgodnie. Po chwili siedzieliśmy w trójkę wokół małego stolika popijając drinki.
- Czym się zajmujesz Frank ? - spytałem, przerywając milczenie
- Jestem pisarzem - odchrząknął odstawiając szklankę - pisze książki a dodatkowo artykuły do gazet - wypiął dumnie pierś
- Widzę, że jesteś żonaty - Emily zerknęła na jego palec
- Tak... ma na imię Alice - uśmiech bezwiednie zamajaczył na twarzy Fanka. Wyciągnął portfel ukazując zdjęcia swojej rodziny. Dwójka chłopców uśmiechała się promiennie machając w stronę obiektywu a dziewczyna o długich blond włosach kucała pośrodku obejmując ich zachłannie... zupełnie tak jakby chciała pokazać wszystkim, że są całym jej światem.
- Ładna.. - wyszeptałem zapominając o otaczających mnie ludziach.
- Ten młodszy to Nicky, ma dopiero 4 latka.  Moje 2 szczęście to Jesse w wigilię kończy 5 lat - z jego oczu popłynęła samotna łza
- To już jutro - zauważyłem biorąc sporego łyka ciemnego trunku
- Właśnie. Niestety nie zdążę na jego urodziny. Nie zabukowałem wcześniej biletu. Lot mam dopiero pojutrze - Przymknąłem powieki, alkohol zrobił swoje i poczułem delikatne zawroty głowy. Moje serce nagle przepełniło się dziwną empatią dla tego biedaka. Emily włączyła niewielką kamerę kręcąc film
- Proszę Państwa oto jest tu z nami słynny reporter Pan Frank Byrne - zakomunikowała wstając z miejsca.
- Jestem Shane - puściłem oczko - stoję obok niedocenionej osobowości w świecie pisarskim. Jego najnowsza książka została zmiażdżona przez New York Timesa i muszę powiedzieć wszystkim dziennikarzynom, że tą recenzje możecie sobie wsadzić w dupę - ostatnie słowa wykrzyczałem.
- Wiesz co Franky, lubię cię - poklepałem go po ramieniu i sięgnąłem ręką do swojego płaszcza - tu jest mój bilet, samolot odlatuje za 30 min - uśmiechnąłem się
- Ja .. ja nie mogę tego przyjąć - wyjąkał
- Możesz i to przyjmiesz. Wszystkiego najlepszego dla syna... - Objął mnie a w dowód wdzięcznośći zostawił voucher na nocleg w pobliskim hotelu. W pośpiechu zebrał swoje rzeczy a po minucie już go nie było.
- Więc dzisiejsza noc należy do nas - Emily przejechała dłonią po moim policzku. Spojrzałem w jej oczy, delikatnie przygryzała swoją wargę.... Poczułem jak bardzo jej pragnę.

Obudziły mnie jakieś hałasy oraz krzyki ludzi dochodzące z zewnątrz. Przetarłem zaspane oczy i podszedłem do okna. W oddali ujrzałem światła sygnalizujące przybycie policji jak i straży pożarnej, wszyscy biegali a całe lotnisko było pogrążone w totalnym chaosie. Usiadłem ostrożnie na brzegu łózka tak aby nie zbudzić pogrążonej we śnie Emily. Włączyłem telewizor, to co usłyszałem sprawiło, iż moje serce zamarło.
- Lot nr 82 lecący do Los Angeles rozbił się w godzinę po starcie. Jeszcze nie wiadomo co było przyczyną katastrofy ale jedno jest pewne - spikerka wzięła głęboki wdech - żaden z pasażerów nie przeżył.
Zrobiło mi się niedobrze, poderwałem się i pobiegłem do toalety. Wymiotowałem czując obrzydzenie.. obrzydzenie oraz strach. Przecież ten facet miał rodzinę... gdybym mu nie podarował swojego biletu to on by tutaj siedział cały i zdrowy. Wytarłem usta wierzchem dłoni opierając plecy o zimne kafelki. Chłód sprawił, że poczułem się nieco lepiej. Łzy spływały jedna po drugiej aż w końcu rozpłakałem się jak małe dziecko. Ten człowiek nie zasługiwał na śmierć, drgawki wstrząsały moim ciałem... to ja powinienem był lecieć tym samolotem.. to ja powinienem zginąć. Nie robiłem niczego wartościowego tak samo jak byłem nic nie wartą imitacją człowieka.  Podniosłem się i na chwiejnych nogach podszedłem do barku. Jednym haustem opróżniłem szklankę whiskey.  Naciągnąłem na siebie ubranie, założyłem płaszcz i wyszedłem z pokoju. Musiałem dowiedzieć się czegoś więcej. Przecisnąłem się przez tłum gapiów i wbiegłem do holu szukając wzrokiem któregoś z pracowników. Nagle stanąłem na środku długiego korytarza , rozprostowałem ręce krzycząc z całej siły. Upadłem na kolana chowając twarz w dłoniach.
- Przepraszam wszystko w porządku - ciemnowłosa stewardessa pomogła mi się podnieść
- yy.. tak.... - odparłem cichym głosem - chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o locie nr 82 - odchrząknąłem - mój przyjaciel leciał tym samolotem - skłamałem
- Przykro mi - odparła obejmując moje ramie - niestety nic jeszcze nie wiadomo - uśmiechnęła się delikatnie. Pokiwałem głową z wdzięcznością i zawróciłem w stronę tej nieszczęsnej kawiarni w której się wszystko zaczęło.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Witajcie!

Witam was na moim nowym blogu :) Tym razem będzie inaczej gdyż opowiadanie jest już prawie skończone, został mi do napisania jeszcze tylko epilog :) Jak widzicie postanowiłem zmienić bohaterów :) Mam nadzieję, że choć niektórzy z was zechcą czytać nową historię :) Napiszcie w komentarzach co ile chcecie nowy rozdział :) Pozdrawiam JJ :)